
Figaro u Samurajów
Cherubin nie jest mistrzem miecza, Figaro nie ma szans na bycie samurajem a Hrabia nie wie co to kodeks Bushido. Mimo to podbijają serca Japończyków. Od blisko trzech tygodni zespół Warszawskiej Opery Kameralnej wystawia swoje koronne dzieła na najbardziej prestiżowych estradach Kraju Kwitnącej Wiśni. Od 2 grudnia obejmie we władanie jedną z najsłynniejszych sal świata - tokijską Orchard Hall.
Tokijczycy zobaczą "Wesele Figara", "Czarodziejski Flet" i novum, nie-mozartowskiego "Cyrulika Sewilskiego" Rossiniego. To jubileuszowe tournee kameralistów po Japonii. Piąte w historii WOK. Odbywa się dokładnie w dziesiątą rocznicę pierwszej trasy po tym kraju. Wówczas kameraliści wystawiali jedynie mozartowskie "Wesele Figara". Po dziesięciu latach ponownie wykonują w Japonii tę słynną operę mistrza Amadeusza. To istny hit WOK, zawsze wykonywany w Japonii.
To ukochana opera Japończyków - mówi Zbigniew Graca, dyrygent prowadzący spektakle. - Nie wiem na czym polega ten fenomen, ale tutaj uwielbiają to dzieło. Są arie, jak choćby Cherubina czy Zuzanny, które zawsze nagradza owacja. Myślę, że po prostu kochają proste, melodyjne arie. A słuchają całym sobą, wciągając w akcję, ciesząc się sukcesami bohaterów i przeżywając ich wpadki - mówi dyrygent, który prowadził "Wesele Figara" w Japonii blisko 100 razy.
Podobne zdanie o powodzeniu mozartowskiej opery ma szef warszawskich kameralistów, Stefan Sutkowski.
To opera, która wymaga od wykonawców elegancji. Ta elegancja widać, koresponduje z japońskim pojmowaniem tego dzieła. Piąte tournee i my piąty raz pokazujemy je japońskim melomanom. To dla nas wielkie wyzwanie, bowiem gigantyczne sale koncertowe, wymagają od nas szczególnego podejścia. Jednak są to w większości sale, których Stolica może Japończykom pozazdrościć. Doskonałe akustycznie, z wielką widownią, technologicznie -absolutne. To radość w nich grać. Ale i wyzwanie. A my takie kochamy. Obok mozartowskich oper pokażemy tym razem "Cyrulika Sewilskiego" Rossiniego. Czuję, że to może podbić serca tutejszych melomanów jak Mozart dekadę wstecz
- dodaje "Ojciec" nazywany za sprawą powitania, którym przyjmuje nowych artystów w WOK: "Witam w rodzinie".
Operę wystawiają w salach dziesięciokrotnie większych niż siedziba WOK przy al. Solidarności. A sale tych rozmiarów należą do najznamienitszych na japońskiej trasie. Najmniejsza japońska sala ma widownię na półtora tysiąca widzów. Największa - na trzy i pół tysiąca, co oznacza, że jest znacznie większa od Sali Kongresowej. Japońskie sale są tak wielkie, że na scenach większości z nich teatr WOK - cały pałacyk - zmieściłaby się jako dekoracja. Są nawet takie, że WOK zmieści sie nawet ze słynnym frontowym ogrodem! Słynna Nagoja Aichi-ken Geijutsu Gekijo, genialne sale w Hamamatsu czy Kure (prawdopodobnie światowy lider akustyki), albo festiwalowa sala w Osace (ulubiona sala Herberta von Karajana, po noworocznym koncercie idzie do rozbiórki, WOK wystawił w niej ostatnią operę) jak i obie sale w Tokio (z Orchard na czele) to nowoczesne giganty. Pod względem akustycznym - absolutne. Mimo to, że ich inżynierowie dźwięku albo poprawiają akustykę elektronicznie (zazwyczaj kompletnie niepotrzebnie!), bądź jak w wypadku WOK, lekko nagłaśniają klawesyn.
Inna bajka, to oświetlenie.
To splendor, ale i wyzwanie - mówi Lucjan Kurpiewski szef oświetleniowców. - Te gigantyczne sale mają jedną zaletę. Japończycy przez lata, na zasadzie prób i błędów stworzyli salę idealną, która jest powielana w kolejnych miastach. Możemy się uczyć. Dla nas technologie nie są problemem, bo nasza warszawska elektronika i komputery są identyczne do Japońskich, ale tutaj mamy inną perspektywę, inne przestrzenie. Widać to po śpiewakach, którzy zamiast kilku metrów, przemierzają w tej samej scenie kilkanaście i więcej. Wielką pomocą jest też zaangażowanie japońskich pracowników. Nas jest jedenastu, kolegów miejscowych dwa razy więcej. Jeśli dodamy do tego całe zespoły techników z teatrów, które odwiedzamy, plus studentów - praktykantów z tych teatrów, to można mówić o armii realizatorów. Z moimi japońskimi kolegami przez te 10 lat wyrobiliśmy sobie własny system komunikacji. Wszystkie komendy, komunikaty do nich mówię po japońsku, oni odpowiadają po polsku, zanim to zrobią. Nie ma wpadek. Przepraszam, była jedna. Kiedyś wypadł z reflektora nad sceną filtr, taki plastikowy. Niebieski. Jak wszystko w naszych inscenizacjach, ważny. W przerwie wszyscy japońscy technicy przybiegli kłaniając się w pas, z przeprosinami. Aż było mi głupio. Oni mają inną mentalność, są perfekcjonistami, choć nikt ich nie widzi. Jak nas. Oni nie chodzą w czasie pracy. Biegają. Gdy ktoś potrzebuje pomocy przy demontażu wielkiego elementu scenografii, woła i zaraz podbiega kilkunastu pomocników. Wspierają się - dodaje popularny wśród realizatorów Lucek, prosząc o nie publikowanie jego zdjęcia. - Jestem cieniem, gram światłem. Zostanę w cieniu.
Gdy on i jego pracownicy ustawiają reflektory, w orkiestrowym kanale klawesyn (pierwszy raz) stroi Takao Yamashita. Zrobi to tego wieczoru jeszcze dwa razy. Po próbie, która tradycyjnie poprzedza spektakl, i w przerwie.
Klawesyn, to czuły instrument, wymaga każdorazowej korekty stroju - mówi Pan Yamashita, czyli Yamashita San. - To, że robię to dla tak znakomitego zespołu, to zaszczyt. Opera z Warszawy to gwiazda! Praca tutaj to dla mnie potwierdzenie moich umiejętności - mówi bardzo skupiony.
Koncertowe trasy jak ta, obfitują w niespodzianki, stając się z czasem kopalnią anegdot.
Chciałem się rozśpiewać - mówi Darek Machej, odtwórca tytułowej roli w "Weselu Figara". - Poszedłem do recepcji w hotelu w Kobe, by zapytać, czy nie mają jakiegoś wolnego miejsca- pokoju czy sali, bo muszę się rozśpiewać, a nie chcę szokować mieszkańców pobliskich pokoi. Nie chcę ćwiczyć w moim pokoju. Pani z recepcji po kilku minutach pokazała na mapie klub karaoke obok hotelu, mówiąc, że tam można sobie pośpiewać. Ile się chce. Nie pytałem czy Mozarta - dodał rozbawiony Figaro - z grzeczności.
- Japonia to kraj paradoksów - mówi Sławek Talacha, szef II skrzypiec, również wzięty solista.
- Jestem tutaj piętnasty raz, zjechałem całą Japonię od Hokkaido pod Okinawę. Sprawdza się teoria, że to ostatni kraj na globusie, gdzie przyjmują artystów jak królów. Aż chce się grać! No i potrafią słuchać! - dodał.
Japońskie tournee WOK potrwa jeszcze miesiąc. Kameraliści z niżej podpisanym, wrócą do kraju w wigilię Wigilii. Jak widać, sprawdzają się przepowiednie Jerzego Pomianowskiego, ulubionego ambasadora RP na dworze Cesarza, mistrza aikido w czasie pierwszego tournee WOK po Japonii (1999):
Jeśli tu kogoś pokochają, będzie tu koncertować po wieki.
Asem w rękawie warszawskich kameralistów jest Rossini. Podbili nim Europę, czy Japonię?
Z Tokio: Piotr Iwicki




















