
Cradle Of Filth - Godspeed On The Devils Thunder: życie i zbrodnie Gillesa De Raisa
Cradle Of Filth - okładka płyty
Oczekiwania wobec nowej płyty popularnych Kredek były na pewno duże, a zainteresowanie tym większe, że zespół budzi kontrowersje nie tylko wśród "konserwatystów" poglądowych ale również w światku metalowym. Jedno jest pewne - ten album jest naprawdę niezły.
Cała płyta kręci się wokół Gillesa De Raisa, towarzysza broni Joanny D'Arc, który po jej śmierci zaczął zagłębiać się w satanizm, perwersje, masowe mordy dzieci, a pod koniec życia wyznał swoje grzechy i pojednał się z Bogiem.
"Godspeed on the Devil's Thunder" rozpoczyna się klasycznie symfonicznym intrem a potem...nic. "Shat Out of Hell" i "The Death of Love" są zdecydowanie najsłabszymi utworami z całej płyty. O ile ten pierwszy może sobie lecieć w tle i najwyżej się go nie zauważy to drugi po prostu przewijam jak najszybciej. Schematyczne brzmienie jak w wielu metalowych utworach i do tego bardzo kiepski damski wokal. Może zostałem nazbyt rozpieszczony "Nymphetamine" z Liv Kristine, ale Sarah Jezebel Deva zupełnie tam nie pasuje.
Natomiast od czwartej piosenki, "The 13th Caesar", jest tak, jak powinno być od samego początku. Mocno, szybko, nastrojowo, z chórkami w tle. Z każdym kolejnym utworem mam wrażenie, jakby płyta się rozkręcała, wracała do korzeni. Na pewno nie jest to ta sama stylistyka co na początku kariery Cradle of Filth, ale mamy do czynienia ze świetnie zagranym i przemyślanym albumem. Dani Filth nie skrzeczy też tak jak kiedyś, ani nie schodzi bardzo nisko ze swoją tonacją, ale cały czas słychać, że ma możliwości i nie bez powodu jest uznawany za jednego z najlepszych metalowych wokalistów.
Cała płyta, może poza dwoma - trzema utworami komponuje się jako doskonała całość z dewianckim klimatem. Dopełnia jej narrator Doug Bradley (czyli Pinhead z "Hellraiser"), który umiejętnie wprowadza do kolejnych opowieści. Pierwotnie tę rolę miał pełnić znany aktor Tony Todd, ale kwestie nie przypadły mu do gustu. Ostatnim smaczkiem jest dziecięcy głos w "Darkness Incarnate", który należy do córki wokalisty.
Cradle of Filth trzyma się pewnych, charakterystycznych dla siebie cech i to powoduje, że ci, którzy sobie nie cenili tej grupy dalej pozostaną przy swoim zdaniu. Fanom płyta na pewno przypadnie do gustu, a być może przekona też tych, którzy do tej pory nie mieli do czynienia z Brytyjczykami.
Paweł Ziółkowski












