
AP/Matt Kryger
Wczoraj w szpitalu w Sherman Oaks w Kalifornii zmarł jeden z najwybitniejszych trębaczy w historii jazzu - Freddie Hubbard. Muzyk miał 70 lat, a jego śmierć jest bezpośrednim następstwem zawału serca sprzed miesiąca. Od tego czasu Hubbard przebywał w szpitalu.
Na jazzowej scenie obecny był nieprzerwanie od połowy lat 50. ubiegłego wieku. Przełomem w jego życiu i później karierze okazała się przeprowadzka z rodzimego Indianapolis do Nowego Jorku w 1958 roku. Tam grywał u boku takich tuzów jak Sonny Rollins, Eric Dolphy, Philly Joe Jones czy Quincy Jones, by w 1960 roku wydać pierwszy autorski krążek "Open Sesame".
Niezwykłe umiejętności pozwoliły mu koncertować i nagrywać płyty z m.in.: Ornette Colemanem, Dexterem Gordonem, Herbie Hancockiem, Wayne'em Shorterem, Artem Blakey i Johnem Coltrane'em. Okrzyknięto go jednym z geniuszy hard bopu, a w 1972 roku otrzymał nagrodę Grammy za wybitny krążek "First Light".
Muzyk od 35 lat był mężem Briggie Hubbard. Miał jedno dziecko - syna Duane. Uroczystości pogrzebowe odbędą się na początku stycznia w Nowym Jorku.















