
Smooth Jazz Festival - nowa impreza w Bydgoszczy
fot. WOJCIECH OLKUSNIK / AG
Jeden z najpopularniejszych polskich radiowców - Marek Niedźwiecki - sygnuje swoim nazwiskiem kolekcje płyt Smooth Jazz Cafe. Gwarantuje też wysoką jakość pierwszego bydgoskiego festiwalu, którego sława może rozejść się poza granice Polski.
Sony BMG, Agora SA i bydgoski Urząd Miasta pod koniec maja chcą przyciągnąć do Bydgoszczy fanów dobrej muzyki na Smooth Jazz Festival. Trwa ustalanie listy gwiazd, które wystąpią na Wyspie Młyńskiej i w Operze Nova, ale już wiadomo, że będą to wielkie nazwiska. Czy Bydgoszcz dorobi się imprezy na europejską skalę? Czy uda się dzięki niej pokazać najpiękniejsze oblicze miasta, a nieznane większości ludzi w Polsce? Odpowiada Marek Niedźwiecki.
Sandra Federowicz: Dlaczego właśnie Bydgoszcz wybrał pan na miejsce festiwalu?
Marek Niedźwiecki: W Warszawie pada. A u was?
Właśnie świeci słońce.
- I ma pani odpowiedź (śmiech). A tak na serio, to jak śpiewała Irena Santor: "Bydgoszcz, jedyne miasto moje". Miasto kojarzy mi się jedynie dobrze. Już w latach 80. często przyjeżdżałem do was prowadzić imprezy w klubie przy dworcu PKP. Nie przypomnę sobie jednak jego nazwy. Nigdy nie byłem prawdziwym didżejem, ale szef lokalu dał mi szansę. Pamiętam, że przyjeżdżały tam tuzy dziennikarstwa muzycznego - Piotr Kaczkowski, Wojtek Mann. Na pół godziny zajmowałem konsoletę i mogłem wtedy pochwalić się płytami, które kupowałem za granicą. To była taka lista przebojów na żywo. Spałem zawsze w hotelu Brda. Do teraz z uśmiechem wspominam przypadek, gdy recepcjonistka nie obudziła mnie na czas. W piątkowe południe musiałem być w Warszawie, a ja przetarłem oczy, gdy pociąg właśnie odjechał beze mnie. Goniłem go taksówką aż za Toruń. I co najzabawniejsze, w końcu do niego wsiadłem.
Nie do końca miłe wspomnienia.
- Wręcz przeciwnie! Dziś to dla mnie komiczna sytuacja. Poza tym, kilka miesięcy temu byłem w Bydgoszczy i zrobiłem przepiękne fotografie. Kiedy wpadłem na pomysł, by płyty Smooth Jazz Cafe przenieść na scenę, od razu pomyślałem o waszym mieście. Warszawa, Kraków, Wrocław mają festiwali na pęczki. Dla was jest to nowość. Jestem też pewien, że w stolicy nie znalazłbym tak pięknego miejsca jak Wyspa Młyńska.
To dobry pomysł, żeby tam właśnie zaprosić widzów?
- Doskonały. To miejsce jest wprost idealne. Doskonale wpisuje się też w datę festiwalu. 29 maja spodziewam się pięknej pogody, a długi dzień pozwoli na świetną zabawę. Czuję już tę atmosferę, która będzie unosić się nad ogarniętą dobrą muzyką Wyspą Młyńską. Ta urzekająca zieleń, przepiękna rzeka, klimatyczne kamieniczki - to wasze wielkie atuty.
Myśli pan, że w Bydgoszczy przyjmie się tego rodzaju festiwal?
- Zaczynamy od zera. I to tylko od nas, organizatorów, zależy, czy impreza wbiję się w świadomość ludzi. Myślę, że bydgoszczanie z radością podejdą do takiej inicjatywy. W końcu nie co dzień można na żywo oglądać sławy smooth jazzu, które chcemy zaprosić. Już teraz odzywają się słuchacze i gratulują pomysłu. Z Irlandii napisał do mnie bydgoszczanin i już zapowiedział, że na pewno wróci na ten czas w rodzinne strony. Zresztą sam fakt, że moje płyty Smooth Jazz Cafe sprzedają się w nakładzie prawie 20 tysięcy, świadczy o tym, że w Polsce są ludzie szukający dobrej muzyki. Niektórzy zmęczeni nadmiarem popowych sieczek, odkrywają coraz to inne gatunki muzyczne.
Ale nie da się ukryć, że smooth jazz jest czymś ekskluzywnym.
- Zgadzam się. Dlatego tym bardziej trzeba go promować. Tej muzyki słuchają nieprzypadkowi ludzie. Dlatego i artyści, i twórczość mają specjalny znak jakości. Ten znak będzie teraz także wspólny dla Bydgoszczy. Bo w końcu przyjęliście pod swój dach ten rodzaj wysokiej kultury.
Jak w pana głowie wygląda Bydgoszcz Smooth Jazz Festival?
- Zadała mi pani trudne pytanie. Wiem jedno - będzie to prawdziwe święto. Ale ten rodzaj muzyki zobowiązuje. Na pewno nie ma być to festyn z kiełbaskami z grilla i watą cukrową na patyku. Nie o to mi chodzi. Dotychczas, gdy prowadziłem jakieś koncerty, wykonywałem konkretną robotę. Tu będę gospodarzem we własnym domu. Mogę dowolnie zmieniać niektóre rzeczy. Nie jestem showmanem, ale już cieszę się na interakcję z widzami. Chcę czegoś więcej niż spektaklu telewizyjnego. Kilka godzin dźwięków sygnowanych światowymi nazwiskami w pięknym otoczeniu, to jest to, czego już sam nie mogę się doczekać.
Jednak nie uważa pan, że polska nazwa imprezy byłaby bardziej chwytliwa?
- To międzynarodowa nazwa, którą każdy jest w stanie zrozumieć. Chodzi o to, by marka rozeszła się także za granicą. Nie jestem fanem amerykanizacji - nazywania sklepów shopami itd. Jednak w tej konkretnej sytuacji nie da się uciec od angielskiego słownictwa. Być może w przyszłości pomyślimy nawet nad konkursem na nazwę dla festiwalu. Teraz jednak musi zostać tak, jak jest. I mam nadzieję, że nikt się na mnie za to nie obrazi.
Źródło: Gazeta Wyborcza Bydgoszcz















