
27.06.2009
15:31
Pierwszy Szczecin Rock Festival za nami
Fot. Cezary Aszkiełowicz / AG
Pierwsza edycja szczecińskiego festiwalu dobiegła końca. 24 i 25 czerwca kilka tysięcy fanów rocka bawiło się na stadionie Pogoni przy muzyce m.in. Kaiser Chiefs, Limp Bizkit, Manic Street Preachers i Chrisa Cornella, który zwykle na swoich koncertach śpiewa cover "Billie Jean" Michaela Jacksona. Tym razem nie zaśpiewał.
Co pozostało nam po festiwalu? Przede wszystkim rozczarowanie frekwencją. Zawinili tu organizatorzy, planując dwudniową imprezę na środek tygodnia. To, że koncerty odbywały się w środę i czwartek, spowodowało, że niewiele osób pracujących spoza Szczecina mogło wziąć udział w wydarzeniu. Termin był też niefortunny dla studentów ze względu na trwającą wciąż sesję egzaminacyjną. Tak naprawdę pasował on jedynie uczniom, którzy kilka dni wcześniej rozpoczęli wakacje. Późniejszy termin zapewniłby organizatorom większe zaludnienie pola namiotowego, na którym podczas festiwalu wyrosło stosunkowo niewiele namiotów.
Zdecydowanie za duży tłok był z kolei w części stadionu przeznaczonej na obiekty gastronomiczne - zajmowały zbyt mały teren, żeby wszyscy chętni mogli spokojnie zjeść i wypić. Kolejki po piwo były olbrzymie, brakowało także miejsc do siedzenia. Potrzebny był niemały upór, żeby cokolwiek dostać.
Za upór należy pochwalić ochronę, która bardzo sumiennie wykonywała swoją pracę. Nie do końca potrafimy jednak zrozumieć, dlaczego wniesienie na płytę stadionu butelki z wodą może być niebezpieczne, a parasole nie powodują aż takiego zagrożenia i wnosić je można do woli.
Sam stadion mógł odstraszać, przede wszystkim ze względu na bardzo trudne do pokonania schody - wysokie, płytkie i nierówne. Niektórzy wchodzili po nich wręcz na czworakach, ostentacyjnie dysząc po wdrapaniu się na górę. A wdrapywać się czasem było trzeba, bo obiekty gastronomiczne i toalety znajdowały się właśnie na górze.
Wspomnijmy jeszcze o toaletach, których pozornie było niewiele, a jednak nie trzeba było czekać długo na swoją kolej. Oprócz tradycyjnych, darmowych toi toi, za złotówkę można było "rozkoszować" się urokiem "prawdziwej" toalety.
Dużym plusem festiwalu było dobre nagłośnienie i akustyka obiektu. Zdarzali się co prawda tacy, którzy na nie narzekali, ale trudno przyznać im rację. Podobno echa festiwalu docierały nawet na obrzeża Szczecina.
Zaskoczył dobór wykonawców, a dokładniej to, w jakim układzie wystąpili. Wiadomo, że wszystkim nie da się dogodzić, a jednak wydaje się, że organizatorzy właśnie to usiłowali zrobić. Przykładem tego może być zestawienie obok siebie Kaiser Chiefs i Limp Bizkit, bo chyba mało który widz przyszedł z myślą o obejrzeniu koncertów obu zespołów. Swoją drogą, rzucone przez Freda Dursta ze sceny "Ruby, Ruby, Ruby, Ruby" stało się ulubionym żartem nie tylko prowadzących, którzy wielokrotnie to powtarzali, ale i widzów, którzy - nawet wychodząc ze stadionu - na każde wykrzyczane "Ruby, Ruby, Ruby, Ruby" śpiewali "Ooooooo".
Zobacz relację z pierwszego dnia festiwalu.
Zobacz relację z drugiego dnia festiwalu.
A jak wygląda kwestia stosunku jakości do ceny? Dwudniowy karnet kosztował 149 zł, co nie powinno było odstraszać nawet tych, którzy chcieli zobaczyć występ tylko jednej zagranicznej gwiazdy. Pluć w brodę mogli sobie chyba tylko ci, którzy zainwestowali w bilety siedzące (179 zł) - na trybunach wieczorem wiało niemiłosiernie, było zimno, pusto i nieco sztywno, a widoczność sceny pozostawiała wiele do życzenia. Zresztą na trybuny, mimo ogradzających je taśm, pierwszego dnia festiwalu wchodzili nawet ludzie, którzy wykupili miejsca stojące.
Należy się tylko i wyłącznie cieszyć, że w Polsce pojawiają się kolejne festiwale, na których możemy zobaczyć występy zagranicznych gwiazd - niektórych po raz pierwszy. Miejmy nadzieję, że podczas drugiej edycji festiwalu nauczeni doświadczeniem organizatorzy nie dopuszczą do tego, by powtórzyły się niedociągnięcia z pierwszej edycji i północny zachód Polski będzie już niedługo mógł się poszczycić bardzo ciekawą coroczną rockową imprezą.
Iga Burniewicz
Zdecydowanie za duży tłok był z kolei w części stadionu przeznaczonej na obiekty gastronomiczne - zajmowały zbyt mały teren, żeby wszyscy chętni mogli spokojnie zjeść i wypić. Kolejki po piwo były olbrzymie, brakowało także miejsc do siedzenia. Potrzebny był niemały upór, żeby cokolwiek dostać.
Za upór należy pochwalić ochronę, która bardzo sumiennie wykonywała swoją pracę. Nie do końca potrafimy jednak zrozumieć, dlaczego wniesienie na płytę stadionu butelki z wodą może być niebezpieczne, a parasole nie powodują aż takiego zagrożenia i wnosić je można do woli.
Sam stadion mógł odstraszać, przede wszystkim ze względu na bardzo trudne do pokonania schody - wysokie, płytkie i nierówne. Niektórzy wchodzili po nich wręcz na czworakach, ostentacyjnie dysząc po wdrapaniu się na górę. A wdrapywać się czasem było trzeba, bo obiekty gastronomiczne i toalety znajdowały się właśnie na górze.
Wspomnijmy jeszcze o toaletach, których pozornie było niewiele, a jednak nie trzeba było czekać długo na swoją kolej. Oprócz tradycyjnych, darmowych toi toi, za złotówkę można było "rozkoszować" się urokiem "prawdziwej" toalety.
Dużym plusem festiwalu było dobre nagłośnienie i akustyka obiektu. Zdarzali się co prawda tacy, którzy na nie narzekali, ale trudno przyznać im rację. Podobno echa festiwalu docierały nawet na obrzeża Szczecina.
Zaskoczył dobór wykonawców, a dokładniej to, w jakim układzie wystąpili. Wiadomo, że wszystkim nie da się dogodzić, a jednak wydaje się, że organizatorzy właśnie to usiłowali zrobić. Przykładem tego może być zestawienie obok siebie Kaiser Chiefs i Limp Bizkit, bo chyba mało który widz przyszedł z myślą o obejrzeniu koncertów obu zespołów. Swoją drogą, rzucone przez Freda Dursta ze sceny "Ruby, Ruby, Ruby, Ruby" stało się ulubionym żartem nie tylko prowadzących, którzy wielokrotnie to powtarzali, ale i widzów, którzy - nawet wychodząc ze stadionu - na każde wykrzyczane "Ruby, Ruby, Ruby, Ruby" śpiewali "Ooooooo".
Zobacz relację z pierwszego dnia festiwalu.
Zobacz relację z drugiego dnia festiwalu.
A jak wygląda kwestia stosunku jakości do ceny? Dwudniowy karnet kosztował 149 zł, co nie powinno było odstraszać nawet tych, którzy chcieli zobaczyć występ tylko jednej zagranicznej gwiazdy. Pluć w brodę mogli sobie chyba tylko ci, którzy zainwestowali w bilety siedzące (179 zł) - na trybunach wieczorem wiało niemiłosiernie, było zimno, pusto i nieco sztywno, a widoczność sceny pozostawiała wiele do życzenia. Zresztą na trybuny, mimo ogradzających je taśm, pierwszego dnia festiwalu wchodzili nawet ludzie, którzy wykupili miejsca stojące.
Należy się tylko i wyłącznie cieszyć, że w Polsce pojawiają się kolejne festiwale, na których możemy zobaczyć występy zagranicznych gwiazd - niektórych po raz pierwszy. Miejmy nadzieję, że podczas drugiej edycji festiwalu nauczeni doświadczeniem organizatorzy nie dopuszczą do tego, by powtórzyły się niedociągnięcia z pierwszej edycji i północny zachód Polski będzie już niedługo mógł się poszczycić bardzo ciekawą coroczną rockową imprezą.
Iga Burniewicz













