
okładka albumu Circus
Już rok temu albumem "Blackout" Britney udowodniła, że pomimo wielu życiowych problemów, wciąż jest w stanie skutecznie rywalizować z młodszymi konkurentkami w wyścigu o fotel królowej popu. Tamten krążek był jednak tylko sygnałem. Płytą "Circus" amerykańska gwiazda przypuściła już frontalny atak i wiele wskazuje na to, że na czas bliżej nieokreślony Spears znów znalazła się na samym szczycie!
Britney Spears "Circus", Sony BMG
Najnowszy album jest z jednej strony powrotem do jej najlepszych dokonań jeszcze sprzed życiowego załamania, a z drugiej kontynuacją muzycznej drogi, którą rozpoczął "Blackout". Zbitka to nader udana. Nie ma już prawie (dlaczego prawie? o tym w kolejnych akapitach) miejsca na licealny pop i miałkie produkcje skierowane w zasadzie tylko ku nastolatkom. Na szczęście znalazło się ono w przypadku "Circus" dla kilku bardziej spokojnych, balladowych kawałków, które w zderzeniu z agresywnymi, idealnie przyciętymi na potrzeby radia, klubów i telewizji potencjalnymi hiciorami, złożyły się na bardzo udaną całość.
Docenić należy przede wszystkim dobranie przez Spears świetnej muzyki. W przeciwieństwie do setek innych wokalistek popowych nie odeszła ona w stronę miałkiego R&B, nie sięgnęła po produkcje kogoś z magicznej piątki (Timbaland, Pharrell Williams i The Neptunes, Kanye West, Scott Storch, Pollow da Don), kontynuując jedynie współpracę ze znanym już z poprzedniej płyty Danja. Ten zaserwował Britney dwie świetne kompozycje - elektroniczne, oparte o hipnotyczne brzmienie automatu perkusyjnego "Kill the Lights" (nawiązujące swoją drogą brzmieniem do "Piece of Me") i przedziwne, maksymalnie wykręcone "Blur". Doskonałe wrażenie pozostawiają po sobie singlowe "Womanizer" i kapitalne "Shattered Glass". Warto też zwrócić uwagę na "Out from Under" - balladowe, refleksyjne nagranie, w którym Spears odnalazła się świetnie.
Gdyby do czegoś się przyczepiać to przede wszystkim będą to pojedyncze wersy, w których Britney (o tym wspomniałem we wstępie) "zaskakuje" mądrościami w stylu jaka to sława jest męcząca, jak to trudno się czasem odnaleźć w ciężkich życiowych sytuacjach i jak to dziwnie spadać na samo dno i się odbijać. Na poziomie kawałków typu "Lucky" takie błyskotliwe odkrycia miały rację bytu, ale w sytuacji, gdy na "Circus" kontrastuje to chociażby z wyrażającym pewność siebie, odrobinę bezczelnym "Kill the Lights", brzmi co najwyżej naiwnie i aż prosi się o wniosek - dorośnij w końcu w pełni Britney!
Poza tymi drobnostkami reszta gra niczym perfekcyjnie nastrojona gitara. Nowoczesne, wbijające w podłogę ziemię brzmienie, Britney w bardzo dobrej formie, a ponad wszystko przebojowość o potężnej sile rażenia. Nie jest "Circus" albumem, który obróci o 180 stopni sytuację na scenie popowej, jest za to dziełem, którego od takiej wyjadaczki tej sceny należało oczekiwać. Świetnie zbilansowanym, do cna dopracowanym i trzymającym w napięciu od początku do końca. Oczywiście o ile pop i samą Britney się lubi, ale to już zupełnie inna para kaloszy...
Andrzej Cała
Zobacz też:
* Britney po 9 latach wraca na szczyt!
* Britney Spears wystąpiła z Madonną [galeria]














