Infomuzyka
http://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/_blank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl//i/obrazki/google_search/pbg-infomuzyka.gif

Muzyka >  Notki

Prawie Unplugged: Tomek Lipiński

Tomek Lipiński

Tomek Lipiński, Fot. Maciej Zienkiewicz / AG

Zapraszamy na drugą odsłonę PRAWIE UNPLUGGED . Tomek Lipiński to jedna z kluczowych postaci historii naszej sceny alternatywnej. Pod koniec lat 70. stanął na czele Tiltu, jednej z ważniejszych kapel pierwszej fali polskiego punk rocka. Potem zaśpiewał i zagrał na legendarnym czarnym albumie Brygady Kryzys. W III RP nie zrobił takiej kariery jak Muniek, Kazik czy Maleńczuk. Wydał kilka płyt, reaktywował na kilka lat z Robertem Brygadę Kryzys. Dziś wrócił do punktu wyjścia. Do Tiltu.

 

Wyjątkowo tym razem dwóm nagraniom w cyklu PRAWIE UNPLUGGED , towarzyszy obszerny wywiad z Tomkiem Lipińskim.

 

 

Alex Kłoś: Twój ostatni jak dotąd album ukazał się osiem lat temu. Teraz nagrywasz kolejny. Dlaczego te albumy dzieli tak dużo czasu?

 

 

Tomek Lipiński: - Pierwszą płytę nagrywa się w rok. Druga trzecią, co roku. Potem... Jak się żyje już dłużej to jak nagra się coś ciekawego co kilka lat, to i tak jest dobrze. Musi wezbrać ta fala, którą zechcesz
się podzielić z innymi.

 


Czym podzielisz się tym razem?

 


- Jak zwykle idę dwiema drogami. Na pierwszej oglądam świat, na drugiej siebie. To co wyniknie z tej pierwszej będzie tym razem dotykać mocniej tego co realne i namacalne. W przeszłości pisałem piosenki inspirowane tym, co się działo naokoło. Starałem jednak by był to tylko pretekst, by nadać im bardziej
uniwersalny charakter. To się sprawdza, bo wiele z tych piosenek po trzydziestu latach ciągle żyje, jest aktualna. Natomiast dziś nie interesuje mnie czy to, co teraz napiszę będzie uniwersalne za trzydzieści lat, bo ja nie będę już ich słuchał (śmiech). Chcę więc zająć się kilkoma konkretnymi problemami. Zagrożeniami, które wiszą nad światem.

 


A konkretniej?

 

- Jest kilka kwestii, które bardzo mnie nurtuje. Są zgodnie z głupią polityczną poprawnością naświetlane tylko z jednej strony, a powinny być z wielu. Na przykład zagrożenie dla naszej części świata ze strony najbardziej fundamentalistycznych i wojujących odłamów islamu, pragnących zastąpić nasze wolności ich zniewoleniem.

 

Jest też zagrożenie wynikające z polityki uprawianej przez USA w Europie i gdzie indziej. Ja widzę to tak, że na przykład Amerykanom ciągle zależy na tym, żeby pod kotłem bałkańskim ciągle palił się ogień. Myślę, że trzeba bardziej zadbać o Europę niż robią to krótkowzroczni i mało rozgarnięci politycy zarządzający UE i
realizujący amerykańskie interesy, które niekoniecznie pokrywają się z naszymi, europejskimi. Są także wojny o ropę, które nigdy nie mają być wygrane, mają natomiast trwać jak najdłużej. To winduje cenę ropy na niebotyczne poziomy, tworzy też wspaniały rynek zbytu broni i te dwa największe biznesy świata się kręcą jak nigdy. No i większość ludzi wręcz głoduje, a mniejszość konsumuje prawie wszystko, co jest do skonsumowania. Jest o czym myśleć, jest o czym mówić, jest o czym śpiewać. Oczywiście nie przestanę śpiewać o miłości, radości i szczęściu.

 


PO, w kampanię której się zaangażowałeś, realizuje linię pro-europejską i pro-amerykańską.

 


- Zaangażowałem się w jej kampanię po to, żeby przy pomocy Platformy odsunąć PiS. To się udało. A teraz Platforma działa na swój rachunek, zostanie przez wyborców rozliczona z tego jak sobie poradzi.

 


Nie śpiewasz już w każdym razie na koncertach "Nie wierzę politykom".

 

 

- Ta piosenka powstała dwadzieścia lat temu, kiedy w Polsce politycy reprezentowali tylko jedną opcję związaną z PZPR. W tej chwili polityk może należeć do wielu różnych opcji. A w naszym ustroju krajem rządzi grupa ludzi wybrana w demokratycznych wyborach. Zamykanie oczu na tę sytuację byłoby bzdurą, bo choćby po ostatnich wyborach zobaczyliśmy, że to od nas zależy, kto będzie rządził. A ideałów w polityce raczej nie ma. Chodzi po prostu o to, żeby była ona prowadzona w rozsądny sposób, w naszym wspólnym interesie.

 


Czyli nie uwierzyłeś politykom?

 

- To nie jest kwestia wiary, że dzisiaj wierzymy tym, a jutro tamtym. To kwestia wybrania tej opcji, która co najmniej nie będzie szkodzić.

 

 


Pojawiły się za to głosy oskarżające cię o konformizm i karierowiczostwo.

 


- Człowiek, który pokazuje się publicznie, a w dodatku wyraża swoje zdanie zawsze naraża się na to, że pojawią się ludzie, którzy będą go źle oceniać. Natomiast jeśli chodzi o moją karierę, to jej akurat
zaangażowanie w kampanię ani nie pomogło, ani nie zaszkodziło, nie zrobiłem tego po to, by się dobrze ustawić. Nie dostałem w nagrodę żadnej synekury i nie biesiaduję z politykami. Zrobiłem to z własnego przekonania, a to że komuś to się nie spodobało, jest rzeczą naturalną. Najważniejsze jest to, żebyśmy nauczyli się jasno i odważnie wyrażać swoje poglądy, a potem możemy sobie dyskutować.

 

 


Przepraszam, że sięgam po twoje osobiste sprawy, ale bardzo mocno utkwiła mi w pamięci scena, którą zobaczyłem w czasach PRL w Dzienniku Telewizyjnym. To był materiał z pogrzebu twojego taty. Stałeś nad jego grobem, a obok stali Mieczysław Rakowski i Wojciech Jaruzelski. Musisz przyznać, że mogłem poczuć się zaskoczony..

 

 

- Trudno żebym nie stał nad grobem ojca podczas pogrzebu, bez względu na to jakim ojcem był i kto stoi obok.

 

 

Sławomir Sierakowski publicysta lewicowy, stwierdził niedawno, że historiografia Polski jest kreowana przez prawicę, a kultura przez lewicę. Czy zgadzasz się z tym?

 


- Sławek jest niezwykle ciekawą osobą, z wielkim zainteresowaniem obserwuję jego aktywność. To stwierdzenie jest oczywiście publicystycznym uproszczeniem, ale jest w nim dużo prawdy. Ja nie
jestem ani prawicowcem, ani lewicowcem, albo po części jestem jednym, a po części drugim, więc przyglądam się temu z zainteresowaniem, ale bez większych emocji.

 

 

 

 

 

 

Dlaczego nie mogłeś dzielić się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami w nowych piosenkach nagrywanych z Brygadą Kryzys?

 

- Z Brygadą był taki problem, że zespół żeby istnieć i się rozwijać, musi dużo grać. Musi się spotykać, spędzać ileś tam czasu z instrumentami w rękach, bez instrumentów, rozmawiając. Muzycy ostatniego składu mieszkali w czterech, czy pięciu różnych miejscach, mieli swoje, odrębne życie. Nieprzekraczalnym progiem okazało się zgromadzenie całego zespołu na próbach. W efekcie graliśmy prawie cztery lata nie produkując nowego materiału. On mógł powstać, pomysłów nie brakowało, ale nie materializował się. Może już czas tego zespołu po prostu minął? Myślę, że będziemy się pojawiać od czasu do czasu przy różnych okazjach. Jednak jeżeli mielibyśmy zacząć znów funkcjonować na szerszą skalę, to tym razem zaczniemy od zrobienia nowego repertuaru.

 

 

Nowy materiał nagrywasz więc znów po raz kolejny w trio. W kolejnej reinkarnacji Tiltu, tym razem nazywającej się Tilters.

 

 

- Myślimy o rozszerzeniu składu do kwartetu. Najbardziej ciągnie mnie w stronę klawiszy. Grając w trojkę, mamy surowe, rockowe brzmienie. Gram więcej, większa jest rola gitary. Brakuje mi jednak większej ilości
różnorodnych dźwięków, barw. Klawisz może to wypełnić brzmieniowo i aranżacyjnie. Poza tym chyba wrócimy do starej, krótkiej, czteroliterowej nazwy. Wydłużając ją chciałem podkreślić także zmianę
pokoleniową, ale teraz już czas wrócić do czegoś, co jest znane i dobrze kojarzone.

 

 


Jak powstała najnowsza odsłona Tiltu?

 

 


- Szukałem młodszych ludzi do grania, z którymi kontakt byłby wzajemnie inspirujący. Znany warszawski raper Vienio zarekomendował mi swojego kolegę z dzieciństwa i podwórka, perkusistę Karola Ludewa. Nawiasem mówiąc, syna mojej koleżanki z liceum i Andrzeja Ludewa, pierwszego menadżera Republiki. Wszystko zostało więc w rodzinie. Karol jako wiano wprowadził do zespołu swojego przyjaciela, basistę Piotrka Leniewicza. Zrobiliśmy dwadzieścia parę moich starych piosenek jako bazę repertuaru. Chłopaki są młodsi ode mnie i mają inne doświadczenia muzyczne, są też bardzo kreatywnymi i dobrymi muzykami. W efekcie bardzo dobrze nam się gra. Stare numery nabierały nowego charakteru. Robimy także oczywiście nowe. To jest niezwykle podniecające, ponieważ śmiało eksplorujemy różne przestrzenie muzyczne, sporo wspólnie improwizujemy i z tego rodzi się nowa jakość, dość zaskakująca dla nas samych.

 


Czy tworzycie materiał według jakiegoś klucza? Na przykład połowa materiału to utwory szybkie i agresywne, a druga część bardziej klimatyczne, melodyjne?

 

- Nie przyjmujemy żadnych wstępnych założeń formalnych, tym niemniej już widać, że będzie to materiał bardzo różnorodny.

 


Kto wyda Tiltersów?

- Wydaniem zajmę się sam. Założyliśmy tzw. label z moim przyjacielem Zielakiem. Będzie działać pod szyldem "Łysy Pingwin", czyli tym samym, pod którym działa prowadzony przez niego sympatyczny pub na
Ząbkowskiej w którym czasem grywam. przygotowanych przez naszych przeróżnych znakomitych kolegów. Planujemy wydanie nowego Tiltu w pakiecie z remiksami utworów z tej i może innych moich płyt. Ukaże
się też specjalna edycja naszej płyty na winylu i może jeszcze DVD, opowiadające jak to wszystko powstawało.

 

 


Dlaczego nie skierowałeś się z propozycją do większej wytwórni?

 

 

- Większe wytwórnie coraz bardziej wycofują się z polskiego rynku. Niektóre w ogóle rezygnują z rozbudowywania polskiego katalogu i sprzedają tylko swoje priorytety międzynarodowe. Z kolei gdyby to miała zrobić mniejsza wytwórnia, to dysponowałaby ona potencjałem podobnym do tego, którym dysponuję ja wraz z przyjaciółmi. Wysłać materiał do fabryki, a potem odebrać nośniki może każdy. Istotą jest oczywiście marketing, promocja i sprzedaż tego materiału. A że małe wytwórnie nie dysponują wyspecjalizowanym personelem, to w efekcie trzeba to i tak robić samemu. Oczywiście jest prawdopodobna współpraca dystrybucyjno-marketingowa z jedną z dużych firm.

 

 


Wielu muzyków z którymi przez lata współtworzyłeś scenę alternatywną dorobiło się na muzyce, ty nie, dlaczego?

 


- Nie dorobiłem się. Najlepszym okresem na dorabianie się były lata '90. Połowa lat '90. To był okres w którym pociąg z wielkimi wytwórniami ruszył z kopyta. A to był akurat okres w którym ja miałem bardzo poważne rozterki. Zastanawiałem się co mam dalej robić. Tak jak wiele osób działających przed rokiem 1989 r. miałem problem z ponownym zdefiniowaniem się w nowej rzeczywistości. Niektórym przyszło to w sposób naturalny, tak jak np. Muńkowi. Z pozycji bardziej niszowych przeszedł na mainstreamowe. Zrobił to z ogromnym wdziękiem i odnalazł się. Wydaje się, że tak naprawdę na to czekał. Że to było miejsce, które na niego czekało. Na mnie najwyraźniej takie miejsce nie czekało.

 

 

 

 

 

 

W latach 90. miałeś duży przebój "Nie pytaj mnie".

 

 

- To była niemal jedyna taka sytuacja. Ta piosenka znalazła się na mojej solowej płycie z 1993 r. I oprócz tej piosenki reszta materiału była ostro wykręcona, w bardzo dziwne strony. A poza tym tę konkretnie piosenkę wylansował film "Psy", którego promocji towarzyszyła. Być może poruszanie się wśród ładnych i wpadających u ucho melodii to nie wszystko, czego szukam. Kazik na szerokie wody wypłynął tak naprawdę dzięki "Tacie Kazika" i zdobył status wielkiej gwiazdy, co mu się oczywiście należy tak jak Muńkowi. Ja zostałem tam gdzie byłem. Nie miałem czegoś takiego, co by w ten sposób zadziałało. Dodatkowo okres od 1995 do 2005 r. był w moim życiu dość trudny. Musiałem się zmagać z rożnymi przeszkodami wewnętrznymi i zewnętrznymi, wskutek czego nie był to spzczególnie płodny okres, w którym mogłyby mi się sypać z rękawa kolejne przeboje.

 

 


Zajmowałeś się za to innymi rzeczami niż muzyka, np. dziennikarstwem.

 

- Robiłem różne rzeczy. Nie zawsze się udawało wyżyć z muzyki. Z początkiem lat 90. na dwa lata rynek muzyczny w ogóle zamarł. Próbowałem różnych rzeczy, głównie po to żeby zarobić na życie. Pracowałem w pierwszych polskich agencjach reklamowych, produkowałem telewizyjny program muzyczny, przez rok pracowałem w BMG, prowadziłem program w Radiostacji. Wymyśliłem sobie, że gdybym miał w muzyce
działać celując w komercyjny sukces, to wolę już iść i zarobić coś na boku, ale robić w muzyce całkowicie, to co chcę. A nuż się uda. Patrząc na 29 lat pracy na scenie, per saldo się udało. Moje piosenki ciągle są grane, w efekcie jestem w stanie dziś żyć z muzyki.

 

 


Żyjesz z Zaiksów?

 

 


- Zaiksy dają mi podstawy egzystencjalne, niezły socjal. Te piosenki jak dzieci pracują na mnie, a ja będę mógł myśleć o następnych dzieciach.

 

 

Które dla ciebie najwięcej zarobiły?

- (śmiech) "Mówię ci że", "Nie pytaj mnie" i "Rzeka miłości". No i "To co czujesz" Brygady Kryzys.

 


A która z twoich piosenek jest twoją ulubioną?

 

 

- To trudno powiedzieć. To jest tak jak z dziećmi. Kocha się je różnie, ale wszystkie bardzo mocno.

 


Masz dwie córki. Nie brak ci czasem syna?

 

 

- Ród wygasa. Znalazłem stare gazety z lat 20. w których były wspomnienia po moim zmarłym wtedy dziadku Teodorze. Otóż on, tak samo zresztą jak mój tata podpisywał się wówczas dwoma nazwiskami: Rawicz - Lipiński. Czasami mi szkoda, że miałoby już nie być nowego Rawicza - Lipińskiego. Ale poważnie mówiąc, gdybym spotkał kobietę swojego życia... Jestem w niezłej formie, kto wie?

 


Czy brałeś kiedyś pod uwagę emigrację?

 

 

- Przez całe dorosłe życie miałem z tyłu głowy wariant ucieczki stąd. Pod koniec lat 70. próbowałem nawet, ale nie dostałem paszportu. Potem byłem tu jakby uwięziony. I jako człowiek uwięziony, zawsze miałem
pragnienie ucieczki. Ostatnio ono się prawie zmaterializowało.

 


Dokąd byś wyjechał?

 


- Do Anglii. Do Londynu. Często tam jeździłem. Mam tam siostrę, szwagra, siostrzenicę, przyjaciół. Dobrze się tam czuję. Ostatnio jednak wydarzyło się coś takiego dziwnego, że można w każdej chwili wszędzie pojechać. Jeżeli zamkniesz kota w pokoju, to lata po ścianach i szuka wyjścia. Jak mu otworzysz drzwi to siada w kącie. Ja jestem takim kotem. Mogę pojechać w różne miejsca. Mieszkać trochę tu, trochę tam. Prawda jest jednak taka, że w Polsce jest teraz bardzo ciekawie. Gdybym teraz pojechał do Londynu i chciał
osiągnąć podobny status artystyczny i finansowy to... No, może by to się udało, ale na pewno byłoby mniej
zabawnie. W sumie więc po raz pierwszy w życiu mam taką sytuację, że czuję się bardzo dobrze w Polsce i w Warszawie, aczkolwiek z przyjemnością odwiedzam inne moje ukochane miasta, takie jak Sopot,
Kraków czy właśnie Londyn.

 


Dlaczego tak dobrze się czujesz w Polsce?

 

 

- Przypłynęło do nas bardzo dużo funduszy europejskich. Widać to zwłaszcza w Warszawie. Wszystko zaczyna wyglądać w niej coraz porządniej, po prostu normalnie. Jak się jedzie do Europy, to jest wiele miast większych, wspanialszych. Ale są także takie, które nie przerastają Warszawy. A to jest miasto, w którym się wychowałem, które znam na wylot, miasto o niezwykłej historii, dziś bardzo szybko i dynamicznie rozwijające się, głównie dzięki napływającym ze wszystkich stron przybyszom.

 


Kuba Wojewódzki jakiś czas temu komentując publicznie rozwój swojej kariery napisał "my punkowcy". Czy ty pokusiłbyś się także na taki zwrot w kontekście swojej osoby?

 


- Kuba jest satyrykiem. Trzeba o tym pamiętać, gdy czyta się lub słyszy jego słowa. Jeżeli bym to powiedział, to na pewno bardzo ironicznie. Tak samo jak Kuba, mówiąc tak o sobie przy okazji konfliktu z szefem programowym dużej telewizji komercyjnej, w której pracuje. To raczej żart. Chociaż pamiętam jak był małolatem i chodził na moje koncerty.

 


Gra na perkusji w zespole rockowym! Czy jest twoim zdaniem utalentowanym perkusistą?

 


- Nie. Dokonał w życiu słusznego wyboru, zostając przede wszystkim dziennikarzem, bo nie ma nic gorszego w rocku niż zły perkusista.

 


Czy śledzisz wydarzenia na scenie punkowej?

 


- Niespecjalnie. Jest sto pięćdziesiąt gatunków punk rocka. Jest dużo ciekawych rzeczy, ale nie śledzę tego.
Zatrzymałem się na pierwszej fali punk rocka, na końcówce lat 70. Tamte zespoły rzeczywiście kocham. Większość z nich istniała bardzo krótko. Te które istniały dłużej, przestawały utożsamiać się z punk rockiem. The Clash, Siouxie and the Banshees... Są oczywiście takie powroty jak Sex Pistols grający stary repertuar, ale to był punkowy boys-band, nagrał jedną genialną płytę, reszta była czystą tragedią.

 

 

Czy nie zdradzili tym powrotem za ciężką kasę swojej anarchistystycznej legendy?

 

- Nie interesuje mnie to. Z dziką rozkoszą pójdę ich w tym roku obejrzeć w Gdyni, choć nie wiem, co dziś potrafią zrobić. Na szczęście nie kręci się tam już Malcolm MacLaren ani nieszczęsny Sid Vicious.

 


A co z hip hopem? W swoim czasie wypowiadałeś się o nim bardzo pozytywnie.

 

 

- Słucham go coraz rzadziej. Amerykański hip hop stał się totalnie hedonistyczno - narcystyczny. Jeśli chodzi o polski hip hop, to dwiema nogami polskiego hip hopu są Kaliber 44 i Molesta oraz to wszystko,
co się wywodzi z tych dwóch formacji. To wartościowi artyści, którzy przez cały czas szukają swojej prawdy w tym co robią.

 

 


A czego słuchasz w domu?

 


- Ostatnio Beethoven, Bacha, Griega. Mozarta. Muzyki stworzonej przez geniuszy. To cudowne źródło inspiracji. My rockmani, "my punkowcy", jesteśmy przy tym malutcy.

 


Czy możesz zdradzić jak jest historia twojej ksywki, Frantz?

 

- To już nie jest moja ksywka. Nikt mnie dziś tak nie nazywa. To był raczej żart Tomka Szczecińskiego, zwanego Rastamanem, pierwszego basisty Tiltu, który mawiał do mnie "Frantz, ty stary gebelsie",
kiedy starałem się skłonić zespół do intensywnej pracy. Stare dzieje.

 

 


Postać grana przez Boguslawa Lindę w "Psach", także nazywa się Frantz. Czy to przypadkowa zbieżność?

 


- Trudno powiedzieć. Podejrzewam, że nie. Chcieli, żebym zrobił piosenkę już do pierwszych Psów, ale do mnie nie dotarli, a postać się pojawiła. No nie wiem zresztą, ale byłbym zaszczycony. Przy okazji pracy nad drugimi "Psami", odbyliśmy trasę związana z premierami filmu w Polsce. Wygląda to tak, że jest projekcja, spotkanie z widzami, a potem wszyscy idą na wódkę. Bardzo było miło. Aczkolwiek straszne jest być tak popularnym, jak Linda był w tamtym okresie. Nie miał w ogóle życia. Nie mogliśmy wejść do knajpy i normalnie usiąść przy stoliku, bo od razu pojawiało się piętnaście osób podsuwających kartki
po autografy i recytujących na wyrywki kwestie z filmu. Piliśmy wódkę otoczeni takimi ludźmi. To był koszmar.

 


Przed laty nagrałeś z Brygadą słynną piosenkę "Ganja", pozytywnie odnoszącą się do marihuany. Czy śpiewasz dziś ten numer?

 


- Nie. Nagrałem go przed laty kiedy wydawało nam się, że różne substancje chemiczne mogą przynieść nam szczęście. Nie mogły, a efekty uboczne, koszt tego wszystkiego był potworny.

 

 


Jest dziwny trochę podział na twarde i miękkie dragi.

 

 

- Jest. Przy czym brak uświadomienia w tej materii zastępuje się straszeniem. W rezultacie dzieciaki raz sięgają po względnie mniej szkodliwe konopie, a raz palą silnie destrukcyjny crack lub heroinę. Nie ma co ukrywać, że tragiczną cenę zapłaciło za to wielu naszych znajomych, którzy umarli wskutek zażycia narkotyku, albo popełniając samobójstwo w koszmarnych stanach umysłu będących skutkiem używania. Wielu znanych polkich muzyków umarło z tego powodu. Trochę jest to pokryte milczeniem, trochę się udaje, że nie ma problemu, dopóki ktoś gra i gra dobrze. Dziś jestem jak najdalszy od propagowania czy pochwalania jakichkolwiek środków zmieniających świadomość, bo w każdym z nich kryję się pułapka. Gandzia jest dziś obecna wszędzie - na balangach, w szkołach, na podwórkach. Propagowanie jej jest zbyteczne. Dziś mam jedną radę: nie dotykaj tego wszystkiego.

 

 

Jaką rolę w twoim życiu odegrał buddyzm?

- Ogromną. Na ślad buddyzmu trafiłem bardzo wcześnie, szukając czegoś co odpowie na moje metafizyczne pytania, które, o dziwo zadawałem od dziecka. A jednocześnie czegoś, co nie obrażałoby mojego zdrowego
rozsądku. To było jedyne rozwiązanie. Buddyzmem zainteresowałem się w okolicach 12-13 roku życia. Kiedy miałem piętnaście dotarłem do buddyjskich tekstów. A buddystą zostałem w 1983 r. kiedy miałem 28 lat. Gdyby nie to, byłbym dziś zupełnie innym człowiekiem. To ustawiło mnie w życiu. To że jestem w miarę normalny, nie odklejony od rzeczywistości. Że zarabiam pieniądze, że jestem wstanie się utrzymać, że się nie wykoleiłem, nie zwariowałem, nie skoczyłem z mostu, to wszystko dzięki temu.

 

 

 

Rozmawiał: Alex Kłoś

Realizajca "Prawie Unplugged": Dominika Podczaska

Dodaj swój komentarz:
Autor:
Login / Pseudonim: Hasło:
Komentuj pod pseudonimem jako Gość lub zaloguj się
| Załóż konto
Komentarz:

Newsletter

O muzyce z pierwszej ręki: wydarzenia, koncerty, wywiady, teledyski, recenzje. Zobacz przykład
Co 10 osoba dostaje płytę!

Posłuchaj

Znam.to - wasze recenzje

Erik Truffaz - Face A Face(2006)

Polecam osobom lubiącym odpocząć przy spokojnej m...

Jackson Conti (Madlib & Mamao) - Sujinho(2008)

"nie da się siedzieć przy niej obojętnie"...

Club des Belugas SWOP

Piękny album smooth jazzowy mujer82

Rafał Bryndal -VA - Rafał Bryndal Jazz Quartet(2009)

"a jazz jak nie był by poskładany ma to do si...

Horny Trees - Branches Of Dirty Delight(2009)

"W jednej chwili spokojna, wyciszająca i rela...